Piz Ciavazes


Południowa ściana Piz Ciavazes (Sella, Dolomity).
Południowa ściana Piz Ciavazes (Sella, Dolomity).

Południowa ściana Piz Ciavazes jest wysokim, skalnym urwiskiem, przyciągającym wspinaczy licznymi, biegnącymi nim w sporej ekspozycji drogami. Ta rozległa góra, przypominająca swoim wyglądem płaskowyż z niewyraźnie zarysowanym wierzchołkiem - leży w grupie Selli, w zachodniej części włoskich Dolomitów. Jej południowa ściana, przecięta w połowie długą, horyzontalną półką (Cengia dei Camosci), charakteryzuje się generalnie dobrej jakości skałą i oferuje interesujące wspinanie. Wiele spośród około czterdziestu dróg, biegnących tą słoneczną ścianą, kończy się na wspomnianej półce. Niektóre dopiero na niej mają swój start - jak na przykład droga, wytyczona z rozmachem w 1934 roku, przez międzywojennego wirtuoza skały Vinatzera.


„Via delle Guide” (VI-), Piz Ciavazes, Dolomity
Na „Via delle Guide” (VI-), Piz Ciavazes, Dolomity.

Na początku sierpnia w 2015 roku, podczas tradycyjnego dla mnie, corocznego wyjazdu wspinaczkowego w Dolomity, wybraliśmy się z moim włoskim partnerem wspinaczkowym na tę oto ścianę. Ponieważ zamierzaliśmy zrobić Via delle Guide (VI-), biegnącą lewą częścią ściany, a kończącą się na półce Cengia dei Camosci, nie musieliśmy zrywać się na wspinanie bladym świtem. Zaczęliśmy podchodzić pod ścianę po niespiesznym śniadaniu, ponieważ samo podejście do początku drogi - jak na dolomitowe standardy - jest bardzo krótkie. Rozpoczęliśmy wspinanie, które zaczyna się łatwymi wyciągami. Zmieniając się na prowadzeniu, przemykaliśmy przez kolejne wyciągi urozmaiconego wspinania w naprawdę doskonałej skale. Cieszyłam się nim bardzo.

Była to moja pierwsza droga w Dolomitach tego lata, po niespełna roku od wypadku, w którym złamałam dość poważnie zewnętrzną kostkę stawu skokowego prawej nogi. Na czas wspinania, z ostrożności, zabezpieczyłam bandażem elastycznym powypadkowe miejsce. Obawiając się o nie tym bardziej, że na tydzień przed przyjazdem w góry z impetem przywaliłam chorą nogą w ścianę, wyłapując zdrowy lot partnera podczas wspinania na ściance wspinaczkowej. Niemniej jednak kostka podczas wspinania sprawowała się bez zarzutów.

Pogoda była świetna, słońce świeciło, co po jakimś czasie dało nam się we znaki, bo przypiekało nas w ścianie zdrowo. Rysa w zacięciu na szóstym wyciągu była wciąż mokra i ociekająca wodą po zlewie z poprzedniego dnia. Ale nie przeszkadzało nam to specjalnie. Wspinanie było piękne, a widoki na ogromną, zachodnią, czarną ścianę Sass Pordoi i dalej na horyzoncie na lśniący lodowiec Marmolady, zapierały dech w piersiach. Po kilku godzinach wspinania i zakończeniu ostatniego, ósmego wyciągu drogi, staliśmy na półce i klarowaliśmy liny. Pamiętam, że spojrzałam w górę na wyrastający o krok ode mnie żółto-szary mur skalny. Był naprawdę imponujący.

Po częściowym rozszpejeniu, upchnięciu majdanu do małego plecaczka, a obwiązaniu się i obwieszeniu tym, co się do niego nie zmieściło, ruszyliśmy wąską ścieżynką w stronę przełączki pod Turniami Selli. Z przełączki tej dalej w dół prowadzi poprzecinana skalnymi uskokami droga zejściowa, którą schodziłam już rok wcześniej po wspinaczce drogą Trenkera (Via Trenker) na Pierwszej Turni Selli.

Gotując wieczorem posiłek, zastanawialiśmy się nad drogą na kolejny dzień. Początkowo oboje byliśmy zdecydowani, by jutro zrobić Via Irma (VII), tym razem w prawej części ściany. Jednak po sprawdzeniu prognoz pogody, które ewidentne wskazywały na to, że słoneczna pogoda utrzyma się jeszcze tylko przez jeden dzień, zdecydowaliśmy, że wykorzystamy ten słoneczny dzień na zrobienie jakiejś dłuższej drogę. I ostatecznie padło na Arete Piaz (VI) - trzynaście wyciągów ładnego wspinania południowo-wschodnim filarem Sass Pordoi, po zrobieniu którego dotarliśmy do stacji kolejki znajdującej się na górze, robiąc ostatnie 200 metrów (cztery wyciągi) drogi Via Maria. Mając świadomość tego, że przez kolejne dni będziemy najprawdopodobniej słuchać odgłosów burzy i dudnienia deszczu o tropik namiotu, zamiast wybrać możliwość zjazdu na dół ostatnim kursem kolejki górskiej, postanowiliśmy schodzić dość parchatą ścieżką, zygzakującą w dół po stromym i osypującym się piarżysku. I podziwiać pastelowe niebo, gdy słońce powoli zbliżało się ku wierzchołkom gór znajdującym się na horyzoncie.


24. czerwca 2019 roku wróciłam na południową ścianę Piz Ciavazes, tym razem z Bartem. Wspinaczka ta miała być dla Barta pierwszą dłuższą drogą w Dolomitach, po wcześniejszych, krótkich wspinaczkach na turniach Cinque Torri i na Torre Piccola di Falzarego.

Po deszczowej nocy, rano wybraliśmy się na prostą drogę, biegnącą w bezpośrednim sąsiedztwie znanej mi już drogi Via delle Guide. Via Rossi-Tommasi (V-) zbliża się mocno do ogromnego zacięcia, którego lewą stroną, przez potężne, żółte okapy wprost do góry wiedzie historyczna, hakowa droga Via Italia ‘61. Drogę tą po raz pierwszy przeszedł klasycznie Mauro ‚Bubu’ Bole w 2004 roku, wyceniając najtrudniejszy odcinek w 4-metrowym dachu na 7c+/8a.

Gdy zaczęliśmy się wspinać, pierwsze wyciągi drogi były wciąż w cieniu, a skała była mokra i zimna. Niemniej jednak wspinaliśmy się miarowo do góry, a od szóstego wyciągu wspinaczka zczęła się robić naprawdę ładna i ciekawa. Cieszyło mnie bardzo, gdy Bart przychodził do mnie na kolejnych stanowiskach, obwieszony posprzątanym z wyciągów sprzętem, i z widocznym w oczach zachwytem drogą, ekspozycją i roztaczającym się ze ściany widokiem. Nie dało się ukryć, że wspinanie podobało mu się bardzo. Po kilku godzinach pokonywania kolejnych wyciągów drogi i osiągnięciu wysokości prawie 300 metrów powyżej podstawy ściany, stanęliśmy na Cengia dei Camosci. Uporządkowaliśmy sprzęt i przysiedliśmy na zwiniętych linach. Przegryzając suszone morele i kontemplując ciszę, przeżywaliśmy - każdy na swój sposób - ten moment, gdy zakończysz drogę i nigdzie się nie spieszysz. Po jakimś czasie ruszyliśmy znaną ścieżką w stronę przełączki pod Turniami Selli i z niej dalej na dół, do auta zaparkowanego przy drodze.





Z końcem lipca 2020 roku znów byłam pod dobrze znaną mi ścianą, lecz tym razem w innym celu. I znów poprzedniej nocy grzmiało i lało jak z cebra, więc pewnym było, że rano skała będzie nasiąknięta wodą niczym gąbka. Poranek był zimny, a powietrze pachniało wilgocią. Nie mieliśmy jednak zbyt wiele czas na oczekiwanie na pierwsze, rozgrzewające promienie słońca. Po małym śniadaniu i gorącej herbacie przyodzialiśmy się w lekkie, możliwie jak najbardziej kompresowalne uprzęże z doczepioną do łącznika każdej, przewiązaną na krawat cienką, zrobioną z dyneemy pętlą i dopiętym do niej lekkim HMS-em. Zarzuciliśmy na plecy ciężkie wory, wypchane wingsuitami, spadochronami, kaskami, okularami, niewielką ilością wody i małą przekąską. I tak objuczeni ruszyliśmy przed wschodem słońca z parkingu poniżej Passo Sella w stronę czarnych od cieknącej nimi wody, wystawionych na północny zachód skał wypietrzających się tuż za Turniami Selli, do początku via ferraty Mesules. Pół godziny później właziliśmy już po stromej, wyoblonej i mokrej wapiennej skale, ubezpieczonej od czasu do czasu jakimś przedpotopowym, kołyszącym się na wszystkie strony kablem (na tyle grubym, że prześwit małego HMS-a nie był wystarczająco duży, by można było go do kabla wpiąć). Po jakimś czasie dotarliśmy do górnej części ferraty, która wiedzie pionową ścianką i wystającymi z niej, poziomymi prętami. Po ścianie ciurkiem lała się woda, a po przebrnięciu przez nią pozostawał jeszcze do przejścia komin z niewielkimi prożkami skalnymi, mokrym szutrem i wodą lejącą się z góry na łeb, dla odmiany. Później pozostało już tylko przepchnąć pękaty wór, transportowany na plecach, przez wąskie gardło komina i przewinąć się na jego drugą stronę, by po ostatnich metrach ferraty dojść do zupełnie łatwego terenu na dwie nogi.

Trzeba przyznać, że jak na powstałą na samym początku XX wieku żelazną perć, została ona poprowadzona z fantazją. Pojawiające się na niej od czasu do czasu ubezpieczenia zdają się być oryginalnymi kablami i prętami z 1912 roku. Zaś ociekająca wodą skała dodaje do tej fantazji i oryginalności szczyptę pikanterii, zwłaszcza gdy niesie się na plecach prawie dziesięciokilowy ładunek.

Podchodząc do góry bez najmniejszych już trudności, dotarliśmy do terenu rozświetlanego przez słońce. Nareszcie zrobiło się ciepło i przyjemnie.


Idąc myślałam o wspinaczce na Piz Ciavazes z 2015 roku, kiedy Via delle Guide była dla mnie pierwszą drogą w Dolomitach od czasu wypadku i złamania kostki. Teraz ponownie Piz Ciavazes miał być moją pierwszą górą w Dolomitach, na którą wracałam po kolejnym wypadku. Z zamiarem skoczenia z niej w wingsuicie, po sześciu miesiącach od złamania kręgosłupa. Wyglądało na to, że z jakichś nieznanych mi powodów jest to szczyt, od którego zaczynam powroty w te wapienne góry po różnych uszkodzeniach ciała. Tym razem poznawałam tę górę od innej strony. Maszerowałam przez kamieniste plateau, czując się jakbym spacerowała po Księżycu. Gdy zaczęliśmy schodzić w stronę exitu, do krawędzi górnej części południowej ściany, nasiąknięte deszczową wodą podłoże było miękkie i sprawiało wrażenie, jakby stąpało się po gąbce.

Z pełnego skupienia na każdym stawianym kroku wyrwał mnie widok kicającego zająca. Po piarżystym plateau na wysokości 2800 metrów nad poziomem morza kicał sobie beztrosko zając. Nie kozica, nie świstak, ale zając! W pierwszej chwili pomyślałam, że to niemożliwe, że to musi być jakieś dziwaczne przewidzenie. Bo skąd tu mógł się wziąż zając? Spojrzałam na Barta i na Antoine’a, ale oni również z niedowierzaniem przyglądali się zającowi. Żadne z nas nie miało pojęcia, skąd on się tutaj do licha wziął.

Ostrożnie zeszliśmy w stronę exitu, do możliwie najwygodniejszego miejsca na tym pochyłym, osuwającym się zboczu. Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy wkładać na siebie wingsuity, sprawdzać sprzęt i upychać po kieszeniach wszystkie pozostałe rzeczy, które trzeba było jakoś przetransportować na dół. Życzyliśmy sobie udanego skoku i kolejno, uważnie schodziliśmy na krawędź klifu. Gdy stanęłam na małym skalnym występie, spojrzałam w dół, po czym przeniosłam spojrzenie w miejsce, w które chciałam lecieć. Zaczęłam odliczać, wzięłam głęboki oddech i sekundę później zostawiłam za sobą słoneczne, księżycowe plateau, zająca i Barta, który miał skoczyć za mną. Spadałam przez dwie długie sekundy, mijając szybko żółtą zerwę, po czym zaczęłam lecieć. Powietrze szumiało głośno. Przelatywałam nad półką, na której kończyłam wspinaczki w minionych latach, widząc dokładnie cienką niteczkę ścieżki zejściowej. Przelatywałam nad serpentynami asfaltowej drogi wijącej się mozolnie pod górę, na Passo Sella. A gdy minęłam suche koryto potoku, nieopodal niewielkiej zielonej łąki, zwoniłam i wyrzuciłam pilocik spadochronu, który po chwili był już rozpostarty nad moją głową. Szum powietrza ustał, zrobiło się cicho i spokojnie. Podwieszona pod kilkoma metrami kwadratowymi materiału nad głową, szybowałam o poranku pośród gór, by po chwili wylądować na łące.

Później dowiedziałam się, że mój lot widzieli (a przede wszystkim słyszeli) znajomi z Polski, którzy akurat tego dnia wspinali się na południowej ścianie Piz Ciavazes. Z Michałem i z Wiolą spotkaliśmy się późnym popołudniem w schroniskowej knajpce przy herbacie.

Zbierając spadochron z mokrych jeszcze traw, usłyszałam nadlatującego Barta, który po chwili wylądował kilka metrów ode mnie. Uśmiechając się do siebie spojrzeliśmy jeszcze raz na Piz Ciavazes i ruszyliśmy ścieżką w stronę schroniska Monti Pallidi przy Pian dei Schiavaneis. I na poranne cappuccino.



164 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie