Pierwsze kroki w skale

Aktualizacja: 13 sie 2018


Masyw Sorapis w Dolomitach

Rok 2009 to był dość szalony rok. Wszystko działo się szybko jak dla mnie. Z początkiem roku prawie każdy weekend spędzałam w Tatrach. Zapisałam się do Klubu Wysokogórskiego w Gliwcach. Wczesną wiosną, gdy tylko na Jurze stopniał śnieg, byłam już w skałach ze wspinającymi się znajomymi, którzy zawiesili mi wędkę i dzięki temu mogłam powspinać się po raz pierwszy od czasu niedokończonego kursu skałkowego rozpoczętego rok wcześniej. To była taka radość móc wchodzić po skale na sam jej wierzchołek, korzystać z rąk do wyszukiwania chwycików i ze stóp do wynajdywania stopieńków w wapieniu. I choć nie miałam wtedy jeszcze butków wspinaczkowych i wspinałam się w moich górskich butach za kostkę, to i tak była to niesamowita frajda.

Po wyjeździe odwiedziłam sklep z asortymentem górskim i zakupiłam buty wspinaczkowe. Jakiś weekend albo dwa w jurajskich skałach, żeby je rozchodzić i już jechałam w kolejne, nowe dla mnie miejsce - do Szklarskiej Poręby. Tam wspinałam się ze znajomymi w Kruczych Skałach, wędkując różne drogi w moich nowych pantoflach, które były tak bardzo niewygodne, ale za to trzymały się skały o niebo lepiej od moich górskich butów z grubą podeszwą.

Kilka tygodni później byłam w Tatrach. Był to maj, więc w górach wciąż zalegało dużo śniegu. Przecinając pozimowe śniegi podchodziliśmy pod Mnicha, na którym zrobiłam swoją pierwszą tatrzańską drogę, w moich pierwszych, strasznie niewygodnych butkach. Było cudownie!


Kolejny weekend to znów były Tatry, tym razem południowa ściana Zamarłej Turni.

W czerwcu dokańczałam swój kurs skałkowy w Mirowie na Jurze i wspinałam się w skałach. W lipcu robiłam kurs taternicki w Tatrach na Słowacji. Góry pochłonęły mnie całkowicie.

W ciągu tygodnia większość czasu zajmowała mi praca (pracowałam w tym czasie na etacie w farmacji). Wieczorami miałam czas na jogę, na którą chodziłam dwa-trzy razy w tygodniu do niewielkiego klubu fitness, bądź do szkoły jogi, która była najbliżej mojego domu. Gdy tydzień zbliżał się ku końcowi, mój plecak był już spakowany, a myśli krążyły wokół gór. W piątki po pracy wyruszałam w Tatry.

W sierpniu pojechałam po raz pierwszy w Dolomity. Znajomi, z którymi wybrałam się na ten wyjazd, nie wspinali się, więc chodziliśmy po via ferratach. Podobało mi się bardzo, Dolomity urzekły mnie niesamowicie. Ten księżycowy krajobraz... Niemniej jednak w tamtym czasie pragnęłam przygody jak niczego innego. Via ferraty były ciekawe, ale nie zaspokajały mojej potrzeby wspinania się z liną, z własną asekuracją i bez sztucznych ubezpieczeń. Chciałam robić trudniejsze drogi, które były w zakresie moich możliwości. Chciałam czegoś nowego, co było dla mnie wyzwaniem.

Gdy dowiedziałam się, że 200 km dalej na północ od Dolomitów w Alpach jest obóz klubowy, pojechałam tam następnego dnia. Wraz z czwórką klubowych znajomych wybraliśmy się w Alpy Retyckie, by wejść na Piz Bernina - najbardziej wysunięty na wschód czterotysięcznik alpejski. To była niesamowita przygoda!

Jeszcze podczas akcji w rejonie Berniny napisał do mnie znajomy, który właśnie wybierał się w Dolomity na wspinanie, ale jego partner miał dojechać do niego kilka dni później. Zapytał, czy chciałabym może dołączyć do niego na kilka dni, gdy zejdziemy z Berniny. Oczywiście! 😃 Timing był wręcz idealny, bo po Berninie miałam jeszcze dosłownie kilka dni urlopu. I mogłam pojechać prosto z Alp lodowcowych w Dolomity, na wspinanie! Tak tez zrobiłam. I byłam zachwycona pierwszymi drogami poprowadzonymi w dolomitowej skale. I tym, że mogłam tam być, w tych górach z innej planety.

We wrześniu udało mi się wrócić w Dolomity na jeszcze jeden tydzień wspinania. Późnym latem znów byłam w Tatrach, w weekendy robiłam kolejne drogi w tatrzańskim granicie. Wspinanie przynosiło mi coraz więcej radości.


Zadni Mnich, na drugim wyciągu Drogi Uznańskiego

Jesienią, gdy wysoko w górach spadł już śnieg, a dni były krótkie i deszczowe, rozpoczęłam treningi na sztucznej ściance wspinaczkowej. Przygotowywałam się do zimy, do zimowego kursu taternickiego. Moje pokłady energii były niewyczerpane. Wszystko, co było związane z górami i wspinaniem, inspirowało mnie jak nic innego. 😃



73 wyświetlenia
O Mnie

Nazywam się Marta Sokołowska i kocham miejsca otoczone górami, przestrzenią i naturą. Tam czuję się najlepiej. Od przeszło trzech lat mieszkam w najpiękniejszym dla mnie miejscu na świecie, niedaleko Arco we Włoszech, w pobliżu Dolomitów, w których od dekady wspinam się każdego lata. Tutaj mogę skakać z klifów, latać w wingsuicie, wspinać się i praktykować jogę.
 

 

 

 

Jeżeli jesteś zainteresowany wspinaniem, wyjazdami z jogą, masz jakieś pytanie bądź po prostu chcesz spotkać się na kawę - nie wahaj się wysłać mi maila.

                             💜
                       
kontakt