Nie tylko cyfra

Aktualizacja: sty 28


„Via Elisabeta” (VII-), Croda Negra (Nuvolau, Dolomity, 2014)
„Via Elisabetta” (VII-), Croda Negra (Nuvolau, Dolomity, 2014)


Gdyby ktoś zapytał mnie o pięć dróg wspinaczkowych w górach, które najbardziej zapadły mi w pamięć, to odpowiedź nie byłaby prosta i zajęłaby mi niewątpliwie trochę czasu. A to dlatego, że konkretne drogi zapadają w pamięć z różnych powodów: czasem ze względu na swoją urodę, czasem ze względu na napotkane na nich trudności, innym zaś razem ze względu na towarzystwo i okoliczności wspinaczkowe (typu warunki pogodowe takie jak na przykład nieznośny upał albo gwałtowne załamanie pogody, mniej bądź bardziej karkołomny wycof, pogubienie drogi i krążenie po wszechbycie ściany w mega kruszyznie przypominającej kamieniołom, albo utknięcie w jakimś zapychowym miejscu bez pomysłu, w którą stronę wykonać kolejny ruch). Niektóre drogi pamięta się ze względu na ich wyjątkową brzydotę, beznadziejną asekurację czy też inne historie, które stają się zabawne dopiero wtedy, gdy człowiek jest już na dole, w bezpiecznym miejscu.

„Spigolo Soraú” (V), Pala del Belia

Drogą, którą pamiętam dobrze ze względu na kilka czynników -niemiłosierny upał, brak wystarczającej ilości wody, mylny przebieg, zejście do doliny głęboką nocą- jest droga „Spigolo Soraú” na południowej ścianie Pala del Belia, w masywie Moiazza we włoskich Dolomitach. Wybraliśmy się na nią z Andrzejem Machnikiem - kolegą z Klubu Wysokogórskiego w Gliwicach i moim wieloletnim, górskim partnerem wspinaczkowym - latem 2011 roku. Podejście pod ścianę z Passo Duran jest niedługie, więc nie spieszyliśmy się specjalnie ze startem na wspin. Poza tym pogoda była rewelacyjna, Wyż Azorski nad Dolomitami, na niebie ani jednego obłoczka. Przebieg drogi, zgodnie z opisem w przewodniku, wydawał się dość oczywisty, a sama droga choć 440-metrowej długości, wyceniona jest na V, więc nic trudnego. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe czynniki, ruszyliśmy pod ścianę późnym przedpołudniem. W start drogi wbiliśmy się o 11:00. Pierwsze wyciągi były w porządku, choć jakość skały taka sobie. Upał dawał się we znaki, a fakt, że każde z nas miało po pół litra wody na cały dzień, nie pocieszał. Im dalej w las, tym gorzej się wspinało. Słońce waliło niemiłosiernie po tej w końcu południowej ścianie, a przebieg drogi nijak nie zgadzał się ze schematem z przewodnika. Fakt, że na „Spigolo Sorau” generalnie haków stanowiskowych jest niewiele, nie ułatwiał odnajdywania właściwego jej przebiegu. Plątaliśmy się więc po ścianie wycinając własne warianty drogi, wysuszeni na wiór brakiem wody. A ja dodatkowo przeklinałam moment, w którym zdecydowałam się wziąć na tę drogę moje słabo rozchodzone Miury, zamiast wygodnych kapci wspinaczkowych. Nasze dobre z początku tempo zamieniło się w tempo ślimacze. Urabialiśmy kolejne metry z myślą o tym, aby jak najszybciej skończyć tę cholerną drogę i zejść na dół, do wodopoju. Gdy skończyliśmy ostatni wyciąg, słonko było już dość nisko nad górami. Pamiętam, że płakałam ściągając przyssane do stóp ciasne butki.

O zmroku rozpoczęliśmy zejście, które wiedzie w dalszej swej części via ferratą Constantini i trwa około dwóch godzin (do podstawy ściany). Ferratą schodziliśmy już w świetle czołówek. W pewnym momencie dojrzeliśmy solidny strumień światła, próbujący z dołu oświetlić ścianę, którą prowadzi ferrata. Jak się później okazało, światło pochodziło od właściciela schroniska Carestiato, który widząc dwa światełka pouszające się w dół po ferracie nocą (nie mieliśmy bladego pojęcia która była godzina), wyszedł z reflektorem i próbował oświetlić ścianę.

Po zakończeniu zejścia ferratą, pozostało nam jeszcze około czterdziestu minut zejścia na dół na przełęcz, gdzie mieliśmy zaparkowany samochód. Gdy dotarliśmy na miejsce, rozstawiliśmy namioty i zaczęliśmy gotować wodę na herbatę, dochodziła pierwsza w nocy. Gotowaliśmy wodę w menażce, jedną po drugiej i piliśmy niczym smoki, by później nareszcie zasnąć.

„Pilastro Primavera” (VII), Piccolo Lagazuoi

Rok 2013, lato, Dolomity. Kilka dni rozwspinowych, by przyzwyczaić się do dolomitowej skały (mieszkałam jeszcze wtedy w Polsce i przez większość lata wspinałam się głównie w tatrzańskim granicie) i wybieramy się z Andrzejem na drogę „Pilastro Primavera” na Piccolo Lagazuoi, w grupie Fanis. Jest to dość krótka (jak na dolomitowe standardy), 180-metrowa droga, wyceniona na VII. Pamiętam ją dobrze ze względu na wyjątkowo piękny, ciągowy w trudnościach, pierwszy wyciąg (pozostałe cztery są również ciekawe, ale już nie tak emocjonujące, jak pierwszy), oraz wyjątkowo parszywe miejsce, z którego droga startuje. Początek drogi znajduje się bowiem na szczycie stromego cokołu, usypanego z piargu i miękkiej ziemi, na którym niezbyt przyjemnie (i stabilnie) stoi się na jednej nodze podczas wkładania butków wspinaczkowych. Droga jest bardzo ładna, a wspinanie ciekawe. Zapadł mi jednak w pamięć ten kontrast: błotno-ziemisto-piargowy, osypujących się kopiec, z którego startuje droga i wyrastająca z niego solidnie stojąca dęba, żółta, przewieszająca się lekko ściana, którą biegnie droga.

Droga środkiem wschodniej ściany Pośredniej Soliskowej Kopy (V), nowa droga zimowa

Zima 2011, Wysokie Tatry, Słowacja. Po raz trzeci bądź czwarty tej zimy podchodzimy z Andrzejem z Popradskego Plesa do Doliny Młynickiej, by sprawdzić warunki śniegowe pod wschodnią ścianą Pośredniej Soliskowej Kopy w Grani Solisk. Podchodząc wielokrotnie Doliną Młynicką na inne zimowe wspinaczki, Andrzej wypatrzył ładną, logiczną linię, którą nie przebiegała żadna droga wspinaczkowa. Centralna część wschodniej ściany Pośredniej Soliskowej Kopy rzeczywiście wyglądała interesująco. Zasadziliśmy się więc na nią, by otworzyć nową drogę zimową, jednak warunki, jakie tam zastawaliśmy w pierwszych próbach, nie były obiecujące. Próby podejścia pod ścianę kończyły się fiaskiem ze względu na bardzo głęboki śnieg i wysokie zagrożenie lawinowe na zboczu, którym trzeba podejść, aby dotrzeć do spiętrzenia ściany. Nie poddawaliśmy się jednak i kiedy istniała jakaś szansa (a może bardziej nadzieja) na dobry warun, grzaliśmy znów w górę do Młynickiej i zboczem Solisk pod spiętrzenie ściany. I doczekaliśmy się, a raczej wychodziliśmy dość dobry warun. Pewnego ładnego, zimowego dnia udało nam się podejść zboczem i przetrawersować do miejsca, z którego wydawało się, że będzie można wystartować w górę. Śnieg nie był idealny, ale był o wiele lepszy niż przy poprzednich próbach. Nasza nowa droga początkowo przebiega rynną śnieżno-lodową, która stopniowo zwęża się i przechodzi w skalne zacięcię spiętrzające się w górnej części (zacięcie i spiętrzenie wyceniliśmy na V).

Pamietam tę drogę z kilku względów. Po pierwsze była to droga, o której nic nie wiedzieliśmy, bo nikt jej wcześniej nie robił. I z tego względu była to przygoda przez duże „P”, nasza droga odkrywana krok po kroku z każdym wbiciem dziaby i przednich zębów raków. Po drugie, do dziś pamiętam ciągnące się przez wieczność stanie na jednym ze stanowisk asekuracyjnych, w cieniu, ze zgrabiałymi z zimna dłońmi i lodowatymi pyłówkami wsypującymi się za mój kołnierz kurtki. Po trzecie, wielokrotne podejścia i zejścia z niczym powodowały powątpiewanie w możliwość zrealizowania pomysłu, więc gdy to w końcu sie udało, radość była tym większa.



„Via Normale” (V-), Campanile di Val Montanaia

Campanile di Val Montanaia jest monumentalną, stojącą samotnie na środku górnego piętra Doliny Cimoliana turnią. Dostęp do niej nie jest łatwy, a podejście jest długie. Ciekawostką historyczną jest to, że była ona pierwszą w historii turnią w Dolomitach, na którą się wspięto. Latem 1902 roku dwóch włoskich wspinaczy wspięło się na nią drogą znaną dzisiaj jako droga normalna. Dziesięć dni później dwójka Austriaków powtórzyła drogę Włochów na Campanile di Val Montanaia.

Latem 2015 roku wybrałam się do Doliny Cimoliana z moim włoskim partnerem wspinaczkowym. Późnym porankiem ruszyliśmy w drogę, by po dość wyczerpującym podejściu (ponad 700m przewyższenia) z plecakami wypchanymi szpejem i sprzętem biwakowym, koło południa znaleźć się pod turnią. Pamiętam dobrze ten moment, gdy po pewnym czasie mozolnego podejścia w górę suchym korytem potoku, na horyzoncie powoli zaczął się wyłaniać wierzchołek turni. Rosła ona i odkrywała się wraz z czasem i zdobywaniem wysokości. Nigdy nie zapomnę tego widoku, gdy wyłoniła się cała - samotna turnia otoczona z trzech stron zawijającym, postrzępionym grzbietem dolomitowych zębów i ścian.

Po przerwie na mały popas i zakitraniu gdzieś pod kamieniem niepotrzebnego nam w tamtej chwili sprzętu biwakowego, podeszliśmy pod wyrastającą nad nami 200-metrową ścianę, do początku drogi. Samo wspinanie drogą normalną nie jest trudne, ale jest wyjątkowo ciekawym doświadczeniem ze względu na położenie turni (góry jak okiem sięgniesz, żadnych dróg, samochodów, charczących motorów, które słychać w wielu miejscach w Dolomitach). Również sam przebieg drogi jest interesujący, ponieważ startuje ona wschodnią ścianą turni, by później w górnej części przetrawersować półką i przewinąć się na jej zachodnią ścianę. Jeszcze dwa łatwe wyciągi po zachodniej stronie i jesteśmy na wierzchołku. A tam znajdujemy mosiężny dzwon przytwierdzony do skały za pomocą konstrukcji przypominającej swoim wyglądem wielkiego pająka. Uderzam w niego kilka razy i dźwięk roznosi się echem po pustej dolinie. Późnopopołudniowe światło i cisza dodają magii do niesamowicie wyjątkowego widoku, jaki rozpościera się z wierzchołka pałki na wszystkie strony świata. Kilkoma zjazdami na zachodnią stronę wracamy na dół, do podstawy turni.



”Via Preuss” (V), Campanile Basso di Brenta

W 2017 roku, po przeprowadzce do włoskiej Doliny Sarca, odkryłam nową dla siebie grupę Dolomitów. W Dolomitach Brenty nigdy wcześniej nie byłam. Było to spowodowane między innymi tym, że mieszkając w Polsce i przyjeżdżając co roku w Dolomity, dojazd w tę wynuniętą daleko na południowy zachód, odosobnioną i odciętą od głównej grupy Dolomitów grupę Brenty był po prostu, że tak powiem, nieporęczny. Przeprowadzka do północnych Włoch zmieniła sytuację zupełnie i teraz Dolomity Brenty są tą częścią Dolomitów, w którą mam najbliżej z domu. Wróćmy do drugiej połowy sierpnia 2017 roku. Do Włoch przyjeżdża mój kolega z Klubu Wysokogórskiego w Gliwicach - Tomek Baczkowski, z którym mieliśmy już kiedyś fajną przygodę próbując zrobić Wielkie Zacięcie - Obrovsky Kut (VI+) na południowej ścianie Kieżmarskiego Szczytu w słowackiej części Tatr. I tym razem czekają na nas przygody, również związane z pogodą, tyle że w Dolomitach Brenty. Dla nas obojga Brenta była wtedy kompletną „terra incognita”. Poza moim jedynym hajkiem w tę grupę górską i „odkryciem” cudnie strzelistej, sterczącej pałki - Campanile Basso di Brenta, późniejszym przewertowaniem przewodników wspinaczkowych właśnie pod kątem tej turni, oraz poczynionym przez Tomka rozpoznaniem terenu z przewodników wspinaczkowych - nie znaliśmy tej części Dolomitów w ogóle.

Samo już podejście do miejsca, w którym później biwakowaliśmy, było zdrową wyrypą. Z plecakami wypchanymi sprzętem wspinaczkowym oraz minimum manatków biwakowych i prowiantu, mieliśmy do zrobienia 1600 metrów różnicy wysokości, więc nie mało. Gdy już dotarliśmy na miejsce naszego biwaku, rozstawiliśmy tam coś, co miało udawać namiot przez kilka dni, czyli płachtę biwakową rozpostartą na kijkach trekkingowych. Pogoda była iście późnoletnia, czyli ładne, słoneczne dni, przeplatane opadami śniegu i nawet gradu. Zapowiadało się ciekawie. Niemniej jednak wybraliśmy się pewnego obiecującego dnia na Campanile Basso i choć nie poszliśmy wspiąć się jedną z długich, startujących po stronie zachodniej -u samej podstawy ściany - dróg, tak jak chciał Tomek, to i tak przygoda nas nie opuszczała. Zdecydowaliśmy sie zacząć wspinanie drogą normalną, by dojść nią do miejsca, w którym zaczyna się historyczna droga Preuss’a - solidnych pięć wyciągów w ciągowych piątkowych trudnościach po żółtej, pionowej, wschodniej ścianie iglicy, z dużą ilością powietrza pod stopami. Preuss słynął ze swoich solowych wspinaczek i bezwzględnie wyznawał filozofię, według której droga jest zrobiona wtedy, gdy wespniesz się nią do góry, po czym zewspinasz się nią na dół. Dokładnie w ten sposób postąpił robiąc pierwsze przejście wschodnią ścianą Campanile Basso (wiele lat później powtórzył to w stylu Preuss’a zmarły kilka dni temu Cesare Maestri). Czapki z głów, bo choć same trudności na drodze nie są wielkie, to ekspozycja jest imponująca.

Z racji mojej niedyspozycji, całą drogę do samego piku prowadził Tomek. Wspinanie było świetne, zwłaszcza na drodze Preuss’a. Wrażeń estetycznych dostarczały - charakterystyczne dla grupy Brenty, a niespotykane w innych częściach Dolomitów - przelewające się przez granie mgły. Zanim jednak doszliśmy do Preuss’a, na drodze normalnej (V-) mieliśmy towarzystwo - dwójkę wspinaczy z Wysp Brytyjskich, babeczkę i zwalistego faceta. Angol był naprawdę pokaźnych rozmiarów jak na wspinacza, więc początkowo myśleliśmy, żeby ich jakoś wyprzedzić, bo będą nam blokować drogę. Jak to Tomek stwierdził, „ten facet nie wygląda na zdolnego do przewspinania choćby czwórkowej drogi”. Tym bardziej zaskoczyło nas to, jak sprawnie wielki gościu poruszał się w skale. Popylał zdrowo. Po krótkiej rozmowie na którymś ze stanowisk i wymianie adresów mailowych, by przesłać sobie zdjęcia, nasze drogi z Angolami się rozeszły. Pozostało jednak przekonanie, że Anglik musiał być kiedyś bardzo dobrym wspinaczem, skoro teraz, mimo swojej tuszy, tak sprawnie się wspinał. [Po otrzymaniu maila ze zdjęciami zagadka się wyjaśniła - osobnikiem spotkanym podczas wspinania był mocny i dość znany kiedyś brytyjski wspinacz - Geoff Hibbert].

Gdy stanęliśmy na szczycie turni, trzy czwarte nieba było już spowite w chmurach i wiał zimny wiatr. Rozpoczęliśmy serię zjazdów, którą prowadzi jedyna droga zejściowa (no, chyba że wyznaje się filozofię Preuss’a). Przy którymś z ostatnich zjazdów, zmęczeni i zmarznięci, zrzucamy bezmyślnie linę nie zwracając uwagi na to, z której strony wieje wiatr. Lina leci w stronę niewielkiej grani po lewej stronie i przyhacza się o nią. Próbujemy ją jakoś ściągnąć. Jedną żyłę odzyskujemy, druga ani drgnie. Zaczyna się więc zjazd pod tytułem „zjedziemy dokąd się da”, a później odcinanie kawałka liny. Szczęśliwie starcza nam jej na ostatni zjazd, choć i tutaj jest zonk. Gdy już jesteśmy pod ścianą i ściągamy linę na dół, druga żyła klinuje się gdzieś w skale i za nic nie można jej zdjąć. Odcinamy zatem kolejny kawałek liny, przynajmniej obie żyły będą symetrycznie tej samej długości (mniej więcej). Na maksa zmarznięci złazimy na dół, do naszego obozowiska. I jeszcze o tym nie wiemy, ale najwieksza przygoda dopiero przed nami. Otóż nocą rozpętuje się potężna burza. Powietrze śmierdzi siarką, leje jak z cebra, a nasze maty pływają w kałuży wody. Huk odbijający się od ścian i niesiony echem jest obezwładniający, od piorunów walących naokoło jest aż widno. Trzymając rusztowanie naszej szmaty rozpostarte na patykach, wstrzymujemy oddech. Nigdy dotąd nie znalazłam się w tak beznadziejnym położeniu w środku burzy szalejącej w górach. I nigdy dotąd nie myślałam, że nie przetrwamy żywi do świtu. Jedynym, co przychodziło mi wtedy na myśl, było - jakby to powiedział Machnik - że „ta burza nas zajebie”. Ale jakimś cudem przetrwaliśmy.





662 wyświetlenia2 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Piz Ciavazes