Marzenie o lataniu cz.2


Ponad chmurami, Monte Brento

W marcu 2017, po wyjeździe na skoki do Hiszpanii i dość skomplikowanym powrocie z niej, wracam do Polski, a następnie jadę do Istrii. Na lotnisku w Madrycie, podczas odprawy okazuje się, że spadochron, który przewiozłam ze sobą bez problemu z lotniska w Krakowie, po pobycie w Hiszpanii wchłonął w siebie dziwnym trafem jakiś ładunek wybuchowy i nie ma opcji, żeby mógł wrócić ze mną do Polski. Nie pomagają dokumenty od Vigila, ładunek wybuchowy i koniec. W takich też okolicznościach i ja, i spadochron, tracimy nasz bilet powrotny do Polski. Nie pozostaje nic innego, jak pojechać teraz pociągiem (który kosztuje kilka razy więcej niż nowy bilet lotniczy) z Madrytu do Malagi i zobaczyć, czy na lotnisku w Maladze również „wykryją” ładunek wybuchowy w spadochronie. Kupuję więc nowy bilet na lot Malaga – Kraków, upycham spadochron do bagażu i tym razem nikt nie robi problemów ani mnie, ani spadochronowi. Po powrocie do Polski pakuję się do mojego auta i wracam do Istrii.

Kilka dni później mój mentor, znajomy Chorwat, oznajmia, że według niego możemy pójść następnego dnia na most i moje pierwsze skoki z niego. Po południu spotykamy się, układam swój sprzęt i umawiamy się na wczesny poranek następnego dnia przy moście.

Kładę się wcześnie spać tego wieczoru, żeby na pewno spać odpowiednią ilość godzin i być wypoczęta. Jednak nie śpię dobrze tej nocy. Moja głowa produkuje dziesiątki scenariuszy tego, co może jutro pójść nie tak. W pewnym momencie zdaję sobie bardzo wyraźnie sprawę z tego, że być może są to ostatnie godziny mojego życia. Pozostawiam te myśli bez drążenia, zasypiam.



O piątej rano jest zimno. Na lądowisku pod mostem szron i nie ma jeszcze słońca. Mieszanka ekscytacji i obaw kłębi się w mojej głowie. Rozgrzewamy się podchodząc stromym zboczem do góry na most wznoszący się 120 metrów nad nami. Krajo wskazuje na najlepsze miejsce do skoku. Jeszcze raz sprawdzam sprzęt i zaczynam ostrożnie przechodzić na drugą stronę balustrady. Ręce przymarzają mi do lodowatego metalu barierki i przez chwilę mam wrażenie, że za moment stracę czucie w dłoniach. Ustawiam stopy najwygodniej jak mogę na wąskiej krawędzi mostu. Spoglądam na horyzont i biorę głęboki oddech. W głowie jest kompletna cisza. Trzy, dwa, jeden….see ya! Lecę przez krótką sekundę, która w moim umyśle rozciąga się w czasie jak chyba nigdy przedtem. Po chwili mam już materiał spadochronu rozpostarty nad głową. Kilka sekund szybowania w powietrzu i po chwili ląduję na wciąż pobielonej od sztonu łące. Nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa. Stoję na dole, spoglądam w górę na most, z którego przed chwila skoczyłam. Nie wiem co mam o tym myśleć. Uśmiecham się do siebie i do znajomego, który skoczył chwilę po mnie. Brakuje mi słów. Jedyna myśl, która przychodzi mi do głowy, to że chcę więcej. I że nic już nie będzie takie, jak było dotąd.Tego pierwszego dnia wykonuję jeszcze cztery skoki i wracam zmęczona do domu. Przez kolejne dwa tygodnie przychodzę codziennie rano na most. Na początku Krajo skacze ze mną, później przychodzę już sama. Przygotowuję się starannie do każdego skoku, sprawdzam sprzęt czterokrotnie będąc sama na moście, aby wykluczyć możliwość popełnienia błędu do minimum. Lubie te samotne skoki.



Po czterdziestu skokach z mostu jadę do Włoch. Krajo nie wybiera się w tym czasie na Brento i nie jest specjalnie zadowolony, że jadę na swój pierwszy skok z klifu bez niego. Wiem, że czuje się za mnie w pewien sposób odpowiedzialny. Przekazuje mi instrukcje i swoje sugestie. Jesteśmy w kontakcie telefonicznym.

W kwietniu we Włoszech jest już wiosna na całego. Ciepło i słonecznie za dnia, choć poranki są jeszcze rześkie. Pakuję swój spadochron, tracksuit i kask do stash baga (worka transportowego na sprzęt). O świcie ruszamy z grupką skoczków znaną mi już drogą do góry. Podejście na exit, przygotowywanie sprzętów.

Choć niepisaną zasadą jest, że pierwszy skok terminalny z klifu skacze się slick, czyli bez żadnego kombinezonu, dnia poprzedzającego skok zadecydowałam, że będę skakała od razu w moim dwuczęściowym tracksuicie. Przez ostatnie pół roku latałam w nim z samolotu cały czas. Czułam się w nim komfortowo i bardziej pewnie, niż bez niego. Wiedziałam, że pozwoli mi on na lepszą separację od ściany. A z drugiej strony, jeśli coś pójdzie nie tak, również o wiele szybciej znajdę się w tarapatach. Tracksuit przyspiesza wszystko, miałam tego świadomość. Mimo to jednak zdecydowałam się skoczyć w nim.


Gdy byłam już przygotowana, z planem skoku jeszcze raz powtórzonym w głowie, zeszłam w dół na exit. Poczekałam aż pozostali skoczkowie skoczą. Na exicie został ze mną znajomy z Polski. Niecały rok minął od czasu, gdy bez spadochronu na plecach schodziłam na mały kamyczek, aby ostrożnie zerknąć w tą przestrzeń, w którą rzucają się skoczkowie. Tego dnia schodziłam tam gotowa na mój pierwszy skok z Monte Brento. To wszystko wydawało się być snem, choć działo się naprawdę. Słońce wschodziło powoli znad rozciągającego się po drugiej stronie doliny pasma górskiego. Z szybciej bijącym sercem schodziłam ostrożnie na miejsce, na którym już kiedyś stałam. Ostatnie sprawdzenie sprzętu. Czułam, że nogi lekko drżą pode mną. Wzięłam głęboki oddech, rozluźniłam dłonie, spojrzałam na góry na horyzoncie. Myśli ucichły. Słyszałam swój głos, gdy zaczęłam odliczać na głos trzy, dwa, jeden… Mocne odepchnięcie stóp od skały i nim się zorientowałam, byłam już w powietrzu. Pewny, skalisty grunt był już za mną, bezpowrotnie. Po dwóch sekundach przeniosłam ręce tak, aby były ułożone wzdłuż tułowia, do tracka. Leciałam, licząc w myślach sekundy. Góra została za mną, leciałam. Gdy nadszedł czas, wyrzuciłam pilocik i po chwili dyndałam już podwieszona pod czaszą spadochronu. Po kilku minutach doleciałam do lądowiska znajdującego się na niewielkiej łące przy drodze. Wylądowałam na miękkiej trawie. Przez dobrych kilka minut stałam tam patrząc za siebie, na górę, na której byłam jeszcze kilka chwil temu. To wszystko wydawało się być snem, choć nie było. Byłam w tamtym momencie najszczęśliwsza osoba na planecie.


Pierwszy skok z Brento

Podczas kolejnych dni skakałam prawie codziennie. W międzyczasie byłam na małym wspinaniu w okolicy. Podobało mi się w Dolinie rzeki Sarca bardzo! Gdybym tylko mogła tu zostać na zawsze... Po tygodniu przyszła mi do głowy myśl, że to jest miejsce, w którym chciałabym żyć. W przeciągu kolejnego tygodnia, za sprawą niewiarygodnych wręcz zbiegów okoliczności (albo klocków wpadających na swoje miejsce w pierwszym rzucie, jak kto woli), znalazłam mały, kamienny domek położony po drugiej stronie doliny, do którego miesiąc później już przewoziłam wszystkie swoje rzeczy.

Oswajałam się z myślą, że już nie wrócę do Chorwacji, że mój czas tam już dobiegł końca. Z jednej strony było mi szkoda miejsc i poznanych tam ludzi, z drugiej zaś o wiele lepiej czułam się we Włoszech, w których już wcześniej mieszkałam. Blisko gór, blisko Dolomitów. Po Istrii pozostały wspomnienia. Mieszkając tam poznałam dwie świetne dziewczyny Chorwatki. Zaprzyjaźniłyśmy się, ćwiczyłyśmy razem jogę, wspinałyśmy się w skałkach, miałyśmy wspólne plany na wyjazdy na skoki z samolotu. Spędzałyśmy dużo czasu razem. Ina i Marina pokazały mi wiele urokliwych zakątków Istrii, dzięki ich gościnności mogłam poznać ich rodziny, zwyczaje, trudną historię Chorwacji. Były dla mnie najbliższymi osobami na tamtym półwyspie.

W Istrii poznałam również mojego przyszłego (obecnego) chłopaka, a w zasadzie poznał nas Krajo, jak to sam lubi podkreślać i za co każe sobie stawiać piwo przy każdej okazji. I nie ukrywa tego, że jest ze swojej roboty bardzo dumny! :)


W maju jadę na warsztaty jogi do Polski. Ponieważ nie mieszkałam już w Istrii, a po warsztatach, do czasu przeprowadzki do Włoch pozostały jeszcze dwa tygodnie, spędziłam ten czas w Łodzi, u mojej mamy. Korzystając z pięknego, majowego słońca, wybrałam się w jeden z weekendów na strefę do Nowego Targu, którą bardzo lubię. Byłam już wcześniej umówiona z Kubą, znajomym coachem wingsuitowym i jednym z najlepiej latających w wingsuicie gości w Polsce, na szkolenie wingsuitowe. Kuba znalazł dla mnie odrobinę za duży wingsuit, dobry na początek Verso od Sfly. Po teoretycznej części szkolenia, w sobotę rano polecieliśmy małą Cessną do góry. Byłam przejęta faktem, że po raz pierwszy będę leciała w prawdziwym wingsuicie, a z drugiej strony czułam się w nim komfortowo i byłam gotowa. Skok był wspaniały. Byłam w powietrzu o wiele dłużej niż kiedykolwiek dotąd. Przemieszczałam się po niebie niczym statek powietrzny, którym byłam będąc jednocześnie pilotem. Kolejnego dnia kolejny wspólny skok i powrót do Łodzi.




189 wyświetlenia
O Mnie

Nazywam się Marta Sokołowska i kocham miejsca otoczone górami, przestrzenią i naturą. Tam czuję się najlepiej. Od przeszło trzech lat mieszkam w najpiękniejszym dla mnie miejscu na świecie, niedaleko Arco we Włoszech, w pobliżu Dolomitów, w których od dekady wspinam się każdego lata. Tutaj mogę skakać z klifów, latać w wingsuicie, wspinać się i praktykować jogę.
 

 

 

 

Jeżeli jesteś zainteresowany wspinaniem, wyjazdami z jogą, masz jakieś pytanie bądź po prostu chcesz spotkać się na kawę - nie wahaj się wysłać mi maila.

                             💜
                       
kontakt