Mała historia alpejska


Morze granitu.

Włochy są jednym z tych szczęśliwie położonych państw europejskich, w których gór jest tak dużo, że prawdopodobnie starczy ich człowiekowi na całe życie. I prawdopodobnie i tak nie zdoła ich wszystkich wyeksplorować, przejść, przewspinać, poznać.


Dziesięć lat temu trafiłam do jednej z cudnych, alpejskich dolin w Alpach Retyckich. Leży ona po włoskiej stronie pasma górskiego rozciągającego się wzdłuż granicy włosko-szwajcarskiej. Intensywnie zielona, wcinająca się głęboko pomiędzy ciemne, granitowe ściany dolina zrobiła na mnie duże wrażenie.


Kilka lat później wróciłam w to miejsce. Podczas jednego z moich corocznych, kilkutygodniowych wyjazdów wspinaczkowych w Dolomity, postanowiliśmy wraz z moim ówczesnym partnerem wspinaczkowym odwiedzić to miejsce na kilka dni. W planach mieliśmy wspięcie się jedną z klasycznych, długich dróg na ponadtrzytysięczny, granitowy pik Punta Alievi.



Dolne piętro Val di Zocca.

Aby dotrzeć pod górę do początku drogi, trzeba podejść z Val Masino do podwieszonej doliny Val di Zocca, pokonując prawie 1400 metrów przewyższenia terenu.

Był środek lata. Na dole panował w tym czasie upał, który skutecznie uniemożliwiał wspinanie na mniejszych, niżej położonych ścianach, z których większość ma dodatkowo południową wystawę. Uradowani myślą, że u góry będzie nieco chłodniej, rozpoczęliśmy pakowanie plecaków, śpiworów i sprzętu biwakowego oraz całego szpeju potrzebnego do wspinania. Pogoda zapowiadała się świetnie, na niebie nie było ani jednego obłoczka. Mniej przyjemnie zapowiadało się samo podejście do górnej doliny, w pełnej lampie i z ciężkimi worami na plecach. Niemniej jednak wyruszyliśmy w drogę późnym popołudniem, objuczeni niczym jaki. Po czterech godzinach, zmęczeni, dotarliśmy do schroniska w Val di Zocca. Było chłodniej, tak jak przypuszczaliśmy. Przepakowaliśmy plecaki i przygotowaliśmy się do wyjścia na wspinanie jeszcze przed świtem.


Wczesnym rankiem, po małym śniadaniu, wyściubiliśmy nosy na zewnątrz. Wiało niemiłosiernie. Niebo było czyste, pogoda wyglądałaby idealnie, gdyby nie lodowaty wiatr. Ruszyliśmy w kierunku naszego filara. Pamiętam, że mimo błękitnego nieba wiejący wiatr był tak zimny, że na podejściu pod ścianę szłam w rękawiczkach na rękach i mimo to moje dłonie były zgrabiałe z zimna. Wiatr przeszywał na wskroś. Z nadzieją, że może ustanie albo w jakiś szczęśliwy sposób będziemy od niego osłonięci podczas wspinaczki, szliśmy dalej. Gdy znaleźliśmy się pod początkiem naszej drogi, zobaczyliśmy sople lodu w niektórych miejscach na skale.


Lato w Alpach.

Gdy wieje mistral (bądź też jego odpowiednik o innej nazwie właściwej dla tej części Alp), temperatura odczuwalna spada grubo poniżej zera. Jest tak zimno, że małe cieki wodne zamieniają się w lód. A gołe dłonie w kontakcie z lodowato zimną skałą tracą czucie i sztywnieją momentalnie. To nie były dobre warunki na wspinanie. Niepocieszeni wróciliśmy do schroniska. Pracownik schroniska przekazał nam mało zachęcające wieści – ten wiatr utrzyma się jeszcze przez kilka kolejnych dni. I pewnie wpuści w maliny jeszcze nie jeden zespół, który zwiedziony słońcem i błękitem ochoczo pomknie z upalnej Val Masino do góry, z nadzieją na ciut niższe temperatury i perfekcyjne warunki do alpejskiego wspinania. Niemniej jednak zatrzymaliśmy się w schronisku na jeszcze jedną noc, żeby sprawdzić czy aby kolejnego dnia warunki nie będą lepsze. Nie były, niestety. Niepocieszeni przepakowaliśmy nasze majdany i ruszyliśmy w dół, do słońca i upału. I wróciliśmy w Dolomity.


Po dziesięciu dniach wspinania w Dolomitach i sprawdzeniu dostępnych prognoz pogodowych, postanowiliśmy znów ruszyć w granitowe Alpy. Wróciliśmy więc ponownie do Val Masino.

Aby zmniejszyć ciężar plecaka, w międzyczasie mój partner wspinaczkowy zakupił sobie nowe buty wspinaczkowe. Ponoć świetne, uniwersalne buty używane często przez przewodników alpejskich, w których połączono właściwości buta wspinaczkowego w przedniej części buta, z nieco podwyższoną podeszwą typową dla podejściówek w tylnej części buta. Miało to pozwolić na wspinanie na długich drogach i w miarę komfortowe schodzenie po ukończeniu wspinaczki w tym samym obuwiu. Hm, idea niby ciekawa, ale jak dla mnie buty wydawały się nieco toporne i sztywne. Przednia część podeszwy, choć zrobiona z dobrej jakości gumy, była za bardzo zaokrąglona aby pozwalać na precyzyjna pracę stóp podczas wspinaczki w skale. Ale to była moja opinia, z którą właściciel butów się nie zgodził. Chciał przetestować swój nowy nabytek i mieć lżejszy plecak. I tyle.


Monolityczne alpejskie ściany, Val di Zocca.

Pogoda była świetna. Znów gorąco na dole i znów była nadzieja na przyjemną temperaturę i tym razem brak mrożącego wiatru na górze. Znów z plecakami wgniatającymi nas w ziemię ruszyliśmy w drogę. Znów podchodziliśmy przez cztery godziny, aby zawitać do znajomego nam już schroniska. Znów, zgodnie z naszymi oczekiwaniami, w górnej dolinie było chłodniej i dało się oddychać. Błękitne niebo bez najmniejszego obłoczka na horyzoncie. Po przygotowaniu wieczornej herbatki oraz przepakowaniu sprzętu wspinaczkowego na dzień następny, ułożyliśmy się do snu z nadzieją na piękną, bezwietrzną pogodę o poranku. I tak też było! Po śniadaniu ruszyliśmy pod ścianę. Warunki były wymarzone!


Pod startem drogi oszpeiliśmy się i ruszyliśmy w górę pierwszym wyciągiem. Piękny początek drogi, eleganckie zacięcie w świetnej skale, sucho. Na myśl o kolejnych dziewiętnastu wyciągach tej urody co pierwszy, na twarzy mimowolnie rysował się uśmiech. Wspinanie było naprawdę bardzo ładne, bez specjalnie dużych trudności, za to w rewelacyjnej, granitowej skale i alpejskiej scenerii. Gdy zbliżaliśmy się do połowy długości drogi (i ostatniego miejsca, z którego można się jeszcze dość wygodnie wycofać zjazdami z gotowych stanowisk zjazdowych), mój partner zaczął narzekać na... swoje buty. Guma nie trzyma za dobrze na skale, buty nie są dopasowane jak trzeba…generalnie nie nadają się za bardzo. No ok, pomyślałam, ale skoro już jesteśmy w połowie drogi i dotąd mogłeś się w nich jakoś wspinać, to może uda nam się skończyć drogę? Zanim zdążyłam to wypowiedzieć, padło pytanie o wycof. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie podniosło mi to gwałtownie ciśnienia, bo podniosło. Ale przede wszystkim zrobiło mi się smutno, tak zwyczajnie smutno, że teraz przez jakieś sztywne trepy nie skończymy drogi, którą tak bardzo chcieliśmy zrobić. I to właśnie wtedy, gdy w końcu mieliśmy dobre warunki.


Magiczny las alpejski.

Moja siła perswazji nie była na tyle duża, aby przekonać właściciela tych okropnych butów do dalszej wspinaczki. I tak oto po chwili przewiązywaliśmy się, aby rozpocząć czekającą nas serię zjazdów. Wkurzenie na faceta i jego nowe buty, rozczarowanie, niedowierzanie i smutek – to wszystko mieszało się w moich myślach. Zjazd za zjazdem, trochę kluczenia w górskim terenie i byliśmy znów na dole, w drodze do schroniska, by zabrać resztę naszych rzeczy i zejść znów do doliny.


To zejście w dół do Val Masino było jeszcze bardziej przepełnione poczuciem nieudanej próby, niż pierwsze. Przy pierwszej próbie to czynnik naturalny, który zwyczajnie czasem występuje w górach, zadecydował za nas. Podczas drugiej próby wszystko się już pomyślnie zaczęło i szło nieźle. Ciastko zostało ugryzione i smakowało bardzo, po czym zostało zabrane. Zadecydował czynnik do gór nienależący, a mianowicie okropny, sztywny but w niebiesko-żółtym kolorze.


Najlepsze miejsce na jogę po wspinaniu.

Po kilku latach znów wróciłam do doliny. Tym razem bez planów na alpejskie wspinanie w wyższych partiach gór, a ot tak, po prostu. Aby znów dotknąć granitu, rozwspinać się w nim i nacieszyć oczy pięknem tego miejsca. Aby poćwiczyć jogę przy wodospadzie, pobrodzić w wartkim, zimnym potoku. I dać się narodzić nowym pomysłom wspinaczkowym.


Zanim słońce wyłoniło się zza gór, my byliśmy już rozgrzani wspinaniem w ciemnym granicie. Chłód poranka zamieniał się w jednej chwili w gorąco lata. Czapka i kurtka puchowa lądowały gdzieś z boku na ziemi. Gdy skała nagrzewała się do nieznośnej temperatury, zwijaliśmy nasz sprzęt wspinaczkowy i ruszaliśmy na wycieczkę w wyższe partie gór, z plecakiem na plecach poszukiwaliśmy cienia i chłodu. I choć to nie były całodniowe trekkingi, a ja jestem zwolenniczką minimalizmu nie tylko w podróży i w górach, ale i w codziennym życiu, to jednak trochę rzeczy mój plecak musiał pomieścić, jak choćby matę do jogi. Wędrowałam z mega wygodnym i przemyślanym w każdym calu plecakiem amerykańskiej marki Gregory, który w niczym nie przypominał tamtego ciężkiego wora, z którym podchodziłam dwukrotnie do Val di Zocca osiem lat temu. I z całą pewnością mogę stwierdzić, że dobry, wygodny plecak jest drugim dla mnie – zaraz po niezawodnych butkach wspinaczkowych – najważniejszym elementem mojego outdoorowego ekwipunku.


Ukończenie tamtej pamiętnej, niedokończonej drogi, z której się wycofaliśmy, a w której ukończeniu przeszkodziły buty, wciąż jest na mojej liście dróg do przewspinania. I pewnie wcześniej czy później to nastąpi. O ile jakieś nieprzedziwne przeciwności losu, w postaci natury czy złośliwych rzeczy martwych, nie staną tym planom na drodze.



0 wyświetlenia
O Mnie

Nazywam się Marta Sokołowska i kocham miejsca otoczone górami, przestrzenią i naturą. Tam czuję się najlepiej. Od przeszło dwóch lat mieszkam w najpiękniejszym dla mnie miejscu na świecie, niedaleko Arco we Włoszech, w pobliżu Dolomitów, w których od dekady wspinam się każdego lata. Tutaj mogę skakać z klifów, latać w wingsuicie, wspinać się i praktykować jogę.
 

 

 

 

Jeżeli jesteś zainteresowany wspinaniem, wyjazdami z jogą, masz jakieś pytanie bądź po prostu chcesz spotkać się na kawę - nie wahaj się wysłać mi maila.

                             💜
                       
kontakt