Sezon nie do końca stracony


Bart na pierwszym wyciągu drogi Il Bombo, Scalet della Masenade, Moiazza, Dolomity.

Nasze ciała są niesamowicie genialnymi konstrukcjami, ze swoją własną inteligencją i mądrością. Tysiące skomplikowanych procesów, zsynchronizowanych w czasie, zachodzi w nich nieustannie. Gdybyśmy mieli zarządzać tymi procesami, kierując nimi swoim świadomym umysłem, nie przeżylibysmy kolejnej minuty. Bylibyśmy niczym stonoga z jednego z traktatów filozoficznych, która chcąc zrozumieć, w jaki sposób potrafi zsynchronizować sto sztuk swoich odnóży i przemieszczać się na nich, zamarła w bezruchu. Nie ogarnęlibyśmy złożoności rozlicznych procesów fizjologicznych i psychicznych, które zachodzą w naszym ciele w każdej chwili naszego życia.

W ciele zapisana jest mądrość, której nie ogarniamy. Owszem, jesteśmy w stanie wyjaśnić wiele procesów dzięki narzędziom, jakimi dysponuje dzisiejsza nauka. Nie bylibyśmy jednak w stanie umyślnie ich nadzorować. W tej materii zdajemy się na mądość ciała.


Ciało ostatecznie zawsze dąży do uzdrowienia, do naprawienia wszelkich zaszłych w nim uszkodzeń i do przywrócenia wewnętrznej równowagi. Ciało chce żyć. Jeśli podchodzi się do niego z szacunkiem i stwarza sprzyjające mu warunki, jest w stanie dokonać cudów.

Trzy i pół miesiąca po swoim wypadku, który unieruchomił mnie na długie tygodnie, znów byłam w Dolomitach. I to nie na wycieczce w góry, która miesiąc wcześniej wydawała się być szczytem marzeń na wrzesień. Trzy i pół miesiąc po wypadku wspinałam się na drugiego na łatwej, trzywyciągowej drodze w Dolomitach, w masywie Cinque Torri. I choć grupa Cinque Torri to małe kamienie, można by rzec skałki, jeśli porownać je do długich i poważnych dróg na większych i tych naprawdę wielkich ścian Dolomitów, to wspinanie tam - w tak krótkim czasie po tak poważnym wypadku - było i tak nie małą sprawą. Wspinałam się tam bowiem w czasie, w którym pierwotnie przewidywano, że będę mogła dopiero chodzić na spacery po płaskim terenie, o kulach.

Proces powrotu do zdrowia nie jest linearny. Przez jakiś czas wszystko idzie pięknie i wydaje się, że już teraz będzie tylko lepiej, a tu nagle regres. Pojawiają się ból i dyskomfort i człowiek w jednej chwili teleportuje się do stanu sprzed miesiąca. Coś, co wydawało się już działać, nagle znów nie działa. Można wtedy pomyśleć, że coś się trwale popsuło w ciele, że już nigdy nie będzie zupełnie dobrze. Zamiast jednak zapuszczać się w czarne myśli, można posłuchać, co ciało do mnie mówi, o co mnie pyta. I pójść za tym.

Ból jest zwykle sygnałem, żeby zwolnić, odpuścić, odpocząć i poświęcić więcej uwagi ciału. Jest sygnałem o przeciążeniu jakiegoś systemu i jego chwilowej niewydolności. Gdy wszystko idzie dobrze, a ciało zdrowieje szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał, taki nagły regres może zbić człowieka z pantałyku. Z doświadczenia wiem, że takie momenty regresu w trakcie rekonwalescencji pojawiają się wielokrotnie. Gdy zamiast z nimi walczyć, po prostu pójdzie się za tym, o co prosi nas w danej chwili ciało, stają się momentami zwrotnymi w procesie zdrowienia. Momentami, po których następuje duży krok do przodu, ku wyzdrowieniu.


Po dwóch dniach wycieczek po górach i przewspinaniu jednej, niedługiej drogi, nagle zapomniałam o tym, że trzy i pół miesiąca temu nie zadrapałam sobie kolana, a solidnie gruchnęłam w klif łamiąc dużą kość, jaką jest kość krzyżowa, oraz miednicę w dwóch miejscach. Aktywność w górach spowodowała, że nagle poczułam się znów zdolna do robienia rzeczy, które przez ostatnie miesiące były dla mnie niewyobrażalne i bardzo odległe. I nagle, w swoim nienasyceniu, chciałam więcej. Chciałam pójść na wspinanie również kolejnego dnia i zdobić tym razem dwie trzywyciągowe drogi, jedną po drugiej. Bo nie czułam już większego bólu, jedynie pewien dyskomfort, do zniesienia I wtedy, na podejściu pod turnię, jeden z setki stawianych kroków okazał się być tym, który zatrzymał mnie w bólu niepozwalającym na obciążenie lewej strony ciała. Ból pojawił się nagle, niczym grom z jasnego nieba w słoneczny dzień. Nie mogłam zrobić kroku ani w górę, ani w dół. Ściągnęłam plecak i stałam na prawej nodze czekając, aż intensywność bólu zmaleje. Byłam rozczarowana sytuacją i było mi zwyczajnie smutno. Po pewnym czasie mogłam zejść na dół, do samochodu, kuśtykając. Moja wiara w szybki powrót do formy znikła.

W kolejnych dniach dałam jednak ciału to, o co pytało. Odpoczynek. Delikatną jogę co drugi dzień i spacery. Ból minął.


Podejście pod Scalet della Masenade, pierwsza próba.

Tydzień później znów pojechaliśmy w góry. Bez bólu, bez dyskomfortu, z nadzieją, ale bez większych oczekiwań. Czułam się na tyle dobrze, że postanowiliśmy wybrać się na trzykrotnie dłuższą drogę, trudniejszą i ze znacznie dłuższym podejściem pod ścianę. I o ile strome podejście z plecakiem na plecach nie stanowiło już problemu, o tyle przemieszczanie się po nierównym terenie, lawirując między głazami po osuwającym się piarzysku, zaczęło być nieprzyjemne. Na dodatek nie zabrałam ze sobą kijków trekkingowych, które na pewno ułatwiły by sprawę. Podeszliśmy pod ścianę, pod drogę, którą robiłam dziesięć lat wcześniej [piękna droga Ciprianiego na ścianie Scalet della Masenade, via Il Bombo, V+]. Na myśl o tym, że mam przed sobą 220 metrów wspinania oraz strome zejście z góry do podstawy ściany, po czym zejście na dół, do samochodu, w głowie zaczęły pojawiać się wątpliwości. Dodatkowo droga ta miała być dla Barta pierwszą w życiu poprowadzoną przez niego w Dolomitach drogą typu via alpinistica - bez punktów asekuracyjnych na stanowiskach i w dużej mierze bez stałych punktów przelotowych. Z koniecznością dobrego odczytywania przebiegu drogi z formacji skalnych oraz osadzenia solidnie siedzącego haka tu i ówdzie, czego również Bart nigdy wcześniej nie robił - poza ćwiczeniem osadzania i wybijania różnego rodzaju haków w skale, z gleby. Wątpliwości było za dużo, za dużo rzeczy mogło pójść nie tak, a przede wszystkim moje kości odzywały się już po samym tylko podejściu pod drogę. Nie mając pewności, że ból nie odezwie się nagle podczas wspinania, gdzieś w połowie drogi, zrezygnowałam. Powygrzewaliśmy się więc w słońcu, pogodziliśmy się z sytuacją, zjedliśmy przywiezione z domu babeczki i ruszyliśmy w drogę powrotną, na dół, do samochodu. Przedsięwzięcie wydawało się być w tamtym momencie na wyrost.

Kolejny tydzień jogi, wspinania w skałkach koło domu i obserwowania jak na to wszystko reaguje ciało. A reagowało na tyle dobrze, że podjęcie kolejnej próby przejścia drogi zamierzonej na miniony tydzień, wyglądało zupełnie dobrze i obiecująco. Ostatniego dnia września pojechaliśmy znów w masyw Moiazzy. Wieczorem, gdy góry spowite były gęstymi chmurami, podeszliśmy do zamkniętego już schroniska. Na przełęczy nie było nikogo. Na podejściu żywego ducha, jedynie sarny na polanie i wielki kruk siedzący na świerku i kraczący w pustą przestrzeń.

Plecaki były cięższe, niż tydzień wcześniej. Poza całym szpejem nieśliśmy ze sobą śpiwory, ciepłe ciuchy, palnik z kartuszem, trochę więcej wody, kawiarkę i prowiant. Zatrzymaliśmy się w przyschroniskowym winter-room’ie na noc. Byliśmy sami, a z nami dochodząca zewsząd cisza.


Rano, po niespiesznym śniadaniu, gdy październikowe słońce wyłoniło się zza szczytów Tameru, ruszyliśmy pod ścianę Scalet della Masenade. Tym razem czułam się świetnie i nie miałam większych obaw przed wbiciem się w drogę. I choć nie mogłam się jeszcze wspinać z taką swobodą, jak przed wypadkiem, a samo wspinanie szło mi o wiele wolniej, to jednak szło. I to bez większego dyskomfortu. Do wczesnego popołudnia ukończyliśmy drogę. Zejście szło wolno i ostrożnie, ale bezproblemowo. Przed zachodem słońca dotarliśmy na przełęcz, na której zostawiliśmy samochód. Bez bólu, bez dyskomfortu, z wielkim poczuciem szczęścia. Niespełna cztery miesiące po wypadku.




Stella Alpina

77 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Piz Ciavazes