O zrastaniu kości [cz.1]

Zaktualizowano: wrz 28


O zrastaniu kości

Napisałam ten tekst [jego pierwszą część] z myślą o ludziach, którzy przechodzą przez czas po złamaniach kości i kontuzjach, który nie jest łatwym czasem. Wszystkiego, o czym tu napisałam, sama doświadczyłam i sprawdziłam na sobie w trakcie rekonwalescencji po trzech różnych złamaniach rozłożonych w przestrzeni kilku lat. Z każdego z tych złamań wyszłam dużo szybciej, niż przewidywali lekarze. Może dla kogoś mój tekst okaże się on przydatny, pomocny, albo będzie źródłem informacji. Może komuś doda otuchy w trakcie rekonwalescencji i ułatwi powrót do pełni zdrowia.

Jako że w swoich latach trzydziestych trzykrotnie połamałam różne kości (mam nadzieję, że więcej złamań już nie doświadczę), trzykrotnie przyszło mi przechodzić przez cały proces zrastania kości, rekonwalescencji i powrotu do pełnej sprawności i sportowej formy. I choć każde złamanie było inne [złamanie kostki bocznej stawu skokowego, złamanie pierwszego kręgu lędźwiowego kręgosłupa, poważne złamanie kości krzyżowej i miednicy] i wiązało się z inną intensywnością towarzyszącego mu bólu, z innymi ograniczeniami ruchomości i przebiegiem rehabilitacji, to cel całego procesu był ten sam - stworzyć jak najlepsze warunki do regeneracji organizmu i powrotu do zdrowia.

Proces zrastania kości nie jest tylko procesem zachodzącym na poziomie fizjologicznym. Kości zazwyczaj goja się szybciej niż ludzka psychika. Obejmuje on nie tylko etap wytworzenia dobrego zrostu i fizycznego powracania do zdrowia, ale również zaakceptowania chwilowej utraty sprawności i wszelkich związanych z nią niedogodności oraz nieuchronną zmianę optyki postrzegania zjawisk. Jest to proces, który zachodzi równolegle i etapowo na poziomie fizycznym i mentalnym.

Jak przejść przez ten proces, stworzyć optymalne warunki dla efektywnego procesu gojenia, nie myśleć o tym „co by było, gdyby”, przyjąć rzeczywistość taką, jaką ona jest i robić to, co jest w danej sytuacji możliwe, bez zbędnego miotania się i siłowania z rzeczywistością. Jak przyglądać się temu, co przychodzi, by skorzystać z lekcji jaką jest wypadek najlepiej jak się da, nadać jej sens i przyjąć to, co ona przynosi. I ostatecznie przygotować się do pracy u podstaw, czyli codziennej rutyny ćwiczeń - porównywalnej z praktyką jogi - mających na celu przywrócenie utraconej sprawności i powrotu do formy jeszcze lepszej, niż forma sprzed kontuzji.

Końcem końców, dobrze przebyty proces zrastania kości jest dużą, choć bolesną lekcją, która pozwala na zobaczenie rzeczy takimi, jakimi są - i w świecie zewnętrznym, i w naszej wewnętrznej przestrzeni. Weryfikuje bowiem koleżeństwa i znajomości, zmienia perspektywę i przewartościowuje. Pozwala dostrzec jak wielki potencjał samoleczniczy drzemie w naszych cudownych organizmach, jeśli tylko stworzy się im dobre ku temu warunki, i jak ogromne znaczenie w procesie zdrowienia ma umysł i jego synergia z ciałem.

Ten czas, gdy z minuty na minutę jest się wyrzuconym z codziennego biegu życia, daje możliwość i przestrzeń na przyjrzenie się z bliska samemu sobie: swoim myślom, przekonaniom, sposobom na radzenie sobie z trudnościami. I jeśli tylko zgodzić się na to, co jest i doświadczyć tego w pełni - bez uciekania w doraźne środki znieczulające i świat wyobraźni - to można dostrzec te aspekty nas samych, które w zabieganej codzienności często pozostają ukryte. Aspekty, których poznanie i doświadczenie dają ogromną siłę.

Godzenie się z powypadkową rzeczywistością

Żaden czas nie jest tym odpowiednim na wypadek, trudno znaleźć odpowiedni moment w życiu na nagłe i nieoczekiwane zdarzenie krzyżujące wszystkie nasze plany. Wypadek, w wyniku którego łamiemy kości, wyrzuca nas w dosłownym sensie z nurtu codziennego życia. Nagle jesteśmy poza nim. Zwyczajne, codzienne czynności stanowią spore wyzwanie bądź stają się kompletnie niemożliwe do wykonania. Nasze ciało przestaje działać tak, jak działało do tej pory. Dotychczasowe zajęcia, plany, projekty, aktywności, wszystko pęka niczym bańka mydlana i przestaje istnieć. To trochę tak, jakby z głośnego, gwarnego miejsca - dajmy na to koncertu rockowego, zostać nagle teleportowanym na najbardziej odludny kraniec świata, gdzie króluje dzwoniąca w uszach i przeszywającą na wskroś cisza. Ten kontrast może początkowo budzić niedowierzanie, a nawet sprzeciw i zaprzeczanie rzeczywistości. Wszystko, moim zdaniem, zależy od tego, jak poważnych złamań doznaliśmy. Oraz od tego, jaką dotychczas mieliśmy relację z rzeczywistością - przyjmowaliśmy ją i akceptowaliśmy, czy też zaprzeczaliśmy jej i uciekaliśmy przed nią.

Gdy doświadczyłam pierwszego w swoim życiu złamania [złamanie kostki bocznej stawu skokowego 7 lat temu] - w środku lata i sezonu wspinaczkowego, między jednym a drugim wyjazdem w Dolomity na wspinanie, gdy byłam w świetnej formie wspinaczkowej - pierwszą reakcją było niedowierzanie w to, co się stało. Przez pierwszy tydzień od wypadku nie mogłam pogodzić się z sytuacją przedwczesnego zakończenia sezonu, niemożliwości wykonywania swojej pracy, częściowej niesprawności. Choć moje ciało było uszkodzone, umysł nie potrafił odpuścić i przyjąć tego faktu. Rozpaczałam roniąc łzy niczym krokodyl za tym, co miało być, a nie jest. Spokój przyszedł po tygodniu, gdy wszystkie łzy sprzeciwu zostały już wylane.

Mój ostatni wypadek sprzed niespełna trzech miesięcy, który był najpoważniejszym ze wszystkich dotychczasowych [oberwanie kości krzyżowej i dwa złamania miednicy], zaakceptowałam niemalże natychmiastowo. Być może dlatego, że mogło być o wiele gorzej bądź mogło już nie być nic, nie wiem. Wiem natomiast, że ze spokojem przyjęłam to, co sie stało. Bez większego rozmyślania o tym, że cały rok przygotowań do lata w górach wziął w łeb, że wszystko wzięło w łeb. Jasne, że było mi smutno i cicha łza popłynęła nie raz po moim policzku. Wiedziałam jednak, że to, jakie mam zdanie na temat swojej obecnej sytuacji, czy się na nią godzę, czy nie, nie ma tu żadnego znaczenia. Rzeczy są jakie są, rzeczywistość nie dba o to, czy się na nią zgadzamy, czy nie. Siłowanie się z nią nie ma większego sensu, jest zwyczajną stratą energii. Dojmującym uczuciem po wypadku była wdzięczność za to, że wciąż tu jestem.

Ból

Kości, wbrew temu jak większość z nas zwykła je sobie wyobrażać - jako skałopodobny, twardy i martwy twór, tworzący nasz szkielet - są zbudowane z żywych, czujących tkanek. Rosną, odnawiają się, zmieniają swoją kompozycję i reagują na sposób, w jaki żyjemy, tak jak wszystkie inne tkanki i narządy naszego ciała. Kości w wyniku złamań krwawią, tak samo jak krwawi rozcięty palec. I tak samo jak w każdej innej części naszego organizmu, tak i w nich już kilka chwil po złamaniu uruchamiają się procesy naprawcze.

Ból jest nieodzownym towarzyszem przerwania ciągłości tkanek i struktur z nich zbudowanych. Złamane kości bolą, czasem bardzo. Ból jest sygnałem, że coś zostało zepsute. Jest alarmem ze strony ciała informującym o tym, że pewnymi jego częściami trzeba się zająć z uwagą i troską. Ból jest informacją, że pewne granice zostały przekroczone. Czasem bywa też ostrzeżeniem, że zbliżamy się do granic, których dla naszego dobra lepiej jest nie przekraczać.

W naszej kulturze, w której nikt nie ma czasu ani ochoty na przyglądanie się temu, co poprzez ból chce zakomunikować nam ciało, środki przeciwbólowe połykane są niczym landrynki owocowe. Byle nie czuć, byle robić swoje i nie zawracać sobie głowy czymś tak niekomfortowym ja ból. Środki przeciwbólowe na dłuższą metę są jednak drogą do nikąd. Nie leczą źródła bólu, a jedynie usuwają wołanie ciała o pomoc, o uwagę. I pozwalają na dalsze przekraczanie granic, które i tak zostały już przekroczone. Stanowią zasłonę dymną dla problemu, który za tą zasłoną rozrasta się i dojrzewa do chwili, gdy ze wzmożoną siłą da o sobie znać. I gdy już żadne leki przeciwbólowe nie będą w stanie go powstrzymać.

Ból przy złamaniach, w zależności od miejsca i rodzaju złamania, jest silny. W pierwszych godzinach czy dniach od wypadku lekarze serwują połamanym spore dawki leków przeciwbólowych. Ma to sens o tyle, że ból przy świeżych złamaniach jest najsilniejszy. Dodatkowo, w wyniku wypadku i doznanych obrażeń układ hormonalny wyrzuca do krwiobiegu duże dawki tak zwanych hormonów stresu. Wypadki bowiem, w wyniku których łamiemy kości, nie zdarzają się w chilloutowych sytuacjach, gdy zrelaksowani leżymy na leżaku pod drzewem. Wysoki poziom hormonów takich jak adrenalina, noradrenalina i kortyzol, nie wspomaga procesów leczniczych organizmu [im większa równowaga hormonalna w organizmie, tym szybciej zachodzą procesy gojenia i regeneracja tkanek - wie o tym każdy sportowiec]. Zatem odjęcie organizmowi dodatkowego stresora, jakim jest ból, przy użyciu środków przeciwbólowych, ma sens. O ile środki te stosowane są krótkotrwale. Natomiast w momencie, gdy można je odstawić, bo ból nie jest już tak wszechogarniający, warto to zrobić. Uszanowanie bólu, przyjęcie go, poczucie, pozwolenie na to, by przez nas przepłynął, doprowadzają do tego, że on odchodzi. Świadomy, głęboki oddech ułatwia ten proces.

Przy ostatnim złamaniu, gdy leżałam w szpitalu pierwszej nocy po wypadku, z kroplówką ze środkami przeciwbólowymi podawaną co kilka godzin, przeszywający ból przychodził falami uniemożliwiającymi złapanie oddechu. Ku mojemu zaskoczeniu środki przeciwbólowe nie pomagały [dopiero później okazało się, że pas zaciśnęty na moich biodrach przez medyków z grupy ratunkowej, który miał zapobiec dezintegracji bioder podczas transportu do szpitala, nie został od tamtego czasu ani trochę poluzowany i odcinał dopływ krwi do moich pachwin i kończyn dolnych, co powodowało przeraźliwy ból]. Jedynym sposobem na przetrwanie tej nocy był dla mnie oddech, głęboki, przeponowy, kierowany w bolesne miejsce. Przed każdą kolejną nadchodzącą falą bólu oddychałam głęboko z myślą, że ta fala minie. Przyjdzie i odejdzie. I choć to nie zmniejszyło samego bólu, pozwoliło go przetrwać.

Po dwóch dniach i jednej nocy nie chciałam już przyjmować żadnych leków znieczulających. Nie chciałam, nie czując bólu po tych środkach, wykonać jakiegoś ruchu, który mógłby poprzestawiać moje i tak już pogruchotany kości i pogorszyć tylko całą sytuację. Chciałam znać granice i szanować je.

Gdy nie godzimy się na rzeczywistość, na to, co się stało, gdy zaprzeczamy jej i stawiamy warunki, ból jest tym, co przywołuje nas do niej. Ból jest znakiem tego, co się stało. Jest rzeczywistością, w której jesteś zanurzony. Dobra wiadomość jest taka, że nawet najbardziej nieznośny ból przemija, jak wszystko. I pozwala docenić momenty, gdy nas już nie boli. Zanikający ból jest zaś oznaką tego, że proces naprawczy rozpoczął się już na dobre.

Tu i teraz, czyli cała energia idzie na samoleczenie

Zaakceptowanie sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, pozwala na przekierowanie całej energii na najważniejszy w tej chwili cel - stworzenie organizmowi optymalnych warunków do regeneracji i odbudowy tego, co zostało zniszczone. Nasze ciała mają wielki potencjał samoleczenia i jeśli tylko nie utrudniamy im wykonania tego zadania, a jeszcze lepiej - jeśli go aktywnie wspieramy, z pewnością powrócą do równowagi i pełni zdrowia.

Dlaczego akceptacja tego, co jest, jest tak istotna? Nasza niezgoda na rzeczywistość jest niczym innym, niż stawianiem oporu temu, co nam się przydarzyło. Niezgoda na złamaną kość nie cofnie jednak złamania, tego możemy być pewni. Wywoła jedynie szereg intensywnych emocji, które zużywać będą nasze zasoby energetyczne, angażować będą umysł i zmieniać biochemię naszych organizmów. To natomiast nie stwarza warunków wspierających procesy naprawcze.

Jasne, że emocje będą się pojawiały z większą bądź mniejszą intensywnością. Jakby nie patrzeć, procesowi zrastania kości towarzyszy poczucie straty - naszej dotychczasowej formy, możliwości, zaangażowania w życie, samowystarczalności jeśli chodzi o zwykłe, codzienne czynności, straty marzeń, planów, złudzeń, a czasem nawet bezpowrotnej utraty dotychczasowego stylu życia. Każdej stracie towarzyszy proces żałoby, podczas którego emocje przechodzą od niezgody na to, co jest i złości, przez poczucie bezradności i smutku do swego rodzaju poddania się i kapitulacji wobec rzeczywistości. Prawdziwie przeżyta żałoba pozwala na zaakceptowanie warunków naszego życia, które zmieniły się w wyniku utraty zdrowia. Takie pogodzenie się z tym, co jest, pozwala zmierzyć się z sytuacją i dodaje energii do tego, by skoncentrować się na procesie zdrowienia. Na robieniu tego, co w danej sytuacji jest możliwe, by wspomóc wysiłek swojego ciała, nawet jeśli czasem tym, co mamy do zrobienia jest jedynie leżenie i czekanie, by czas zrobił swoją robotę. Gdy wiesz i akceptujesz to, z czym masz do czynienia, wtedy wiesz jak najlepiej zająć się swoim własnym projektem pod tytułem ZDROWIE.

Dieta i suplementacja

To, czym się żywimy, ma znaczący wpływ na poziom naszej energii, samopoczucie, szybkość zachodzenia procesów regeneracyjnych, sylwetkę itd. Jakość naszego pożywienia ma znaczenie nie tylko w trakcie rekonwalescencji po złamaniach, ale również na co dzień. Niemniej jednak organizm, który jest w trakcie wykonywania ogromnego wysiłku 24h na dobę, jakim jest odbudowa kości, potrzebuje pewnych konkretnych substancji odżywczych, witamin i mikroelementów w zwiększonych dawkach. Wysoka gęstość odżywcza (duża ilość substancji odżywczych upakowanych w każdy gram pożywienia) spożywanych pokarmów jest bardzo wskazana.

Wiadomo, że gdy nie mamy dotychczasowej sprawności, nie mamy też dotychczasowej ilości aktywności na co dzień. A czasem nie mamy żadnej aktywności, bo musimy przez kilka tygodni leżeć plackiem w łóżku. Pozostaje wtedy tak skomponować swoje posiłki, aby pokrywały zwiększone zapotrzebowanie organizmu na substancje odżywcze wspierające regenerację, by zapobiec utracie mięśni, a jednocześnie nie obrosnąć przez te leżące tygodnie tłuszczykiem.

Wiadomo również, że w miejscu złamania powstaje stan zapalny. Żeby nie dolewać oliwy do ognia, warto moim zdaniem postawić na żywność, która nie jest prozapalna (nie nasila stanów zapalnych w organizmie).

Podczas rekonwalescencji wszystkich złamań, jakich doświadczyłam, a w tym i ostatniego, które przygwoździło mnie do łóżka na ponad pięć tygodni, stosowałam się do kilku prostych zasad:

  • Spożywanie trzech niewielkich posiłków dziennie

  • Całkowita rezygnacja z kawy i herbaty

  • Prosta, naturalna, dobrej jakości żywność [żadnych przetworzonych produktów]

  • Suplementacja

W moim przypadku brak normalnej dla mnie, codziennej dawki aktywności powoduje utratę apetytu. Nie mam wtedy większej ochoty na jedzenie. U każdego pewnie wygląda to inaczej. Niemniej jednak zasada spożywania trzech niewielkich posiłków, codziennie o tych samych porach, sprawdzi się u każdego.

Rezygnacja z picia kawy i herbaty wiąże się z tym, że oba te napoje działają moczopędnie i wypłukują z organizmu wapń i magnez, czyli to, czego złamanym kościom potrzeba najbardziej.

Prosta, naturalna żywność, przygotowywana w domu, w przeciwieństwie do tej gotowej, wyciąganej z plastikowego opakowania i odgrzewanej przed zjedzeniem, pełna jest mikro i makroskładników, błonnika i wszystkiego, co wspiera zdrowie. Podczas rekonwalescencji złamań stawiałam na warzywa i owoce, dobrej jakości ser feta, lokalny kefir i jajka od kur, które żywią się naturalnym dla nich pożywieniem rosnącym na podwórku. Zrezygnowałam natomiast całkowicie ze spożywania jakichkolwiek mącznych produktów, ziaren, a nawet z pieczonego w domu chleba razowego.

Tym, czego w mojej diecie nie mogło zabraknąć, były:

  • ze względu na wysoką zawartość wapnia: brokuły, fasolka szparagowa, marchewka, suszone figi, sezam, słonecznik, cieciorka, soczewica

  • ze względu na wysoką zawartość krzemu: buraczki czerwone, fasolka szparagowa, dynia, bataty, soczewica

  • ze względu na wysoką zawartość cynku: pestki dyni

  • ze względu na witaminę C (potrzebną do syntezy kolagenu): kiwi, kapusta i kapusta kiszona

By wspomóc odbudowę kości, zwiększyć wchłanianie wapnia, zmniejszyć stan zapalny, stosowałam dodatkowo suplementy: witamina D3 (5000 jednostek), cynk, mangan, magnez, kwasy tłuszczowe Omega-3.

Jeśli ktoś na co dzień używa sporych ilości soli, warto to zmienić w czasie trwania rekonwalescencji. Nadmiar soli w diecie utrudnia wchłanianie wapnia.


Medytacja i oddech

Czas, gdy poziom naszej aktywności zostaje ograniczony (czasem do zera) przez okoliczności, można wykorzystać na medytację i świadomy oddech.

W moim przypadku, gdy leżałam w łóżku przez długi czas, te poranne sesje medytacji przełożyły się na kontemplacyjny stan trwający całe dnie. Gdy już mogłam przesypiać całe noce, budziłam się zwykle o czwartej, gdy za oknem było jeszcze szaro. Układałam dłonie na dolnych żebrach w taki sposób, by opuszki środkowych palców przy wydechu stykały się delikatnie na wysokości przepony. I wdychałam głęboko do płuc rześkie o poranku, letnie powietrze, obserwując jednocześnie jak rozszerza się cała klatka piersiowa, dolne żebra rozchodzą sie na boki powodując odsuwanie się od siebie opuszków palców. Po wdechu następował długi, spokojny wydech. Klatka piersiowa zapadała się powoli, a dolne żebra i palce przybliżały się do siebie. Obserwowałam wszelkie odczucia dochodzące z ciała, zauważałam je, lokalizowałam, po czym wracałam do oddechu. Myśli przypływały i odpływały, by po jakimś czasie zaniknąć zupełnie. Pozostawał sam oddech, spokojny i rytmiczny. Ciało wchodziło w przyjemny stan relaksu i trwało w nim.

Ten delikatny czas, w którym przebywamy po wypadku, gdy życie staje się radykalnie inne od tego, które znaliśmy dotychczas, jest sposobnością ku temu, by rozstać się z tym, co wypadek tymczasowo uniemożliwił nam i odebrał. By rozstać się z tym, czego chcieliśmy, co planowaliśmy, bez tworzenia kolejnych planów i chęci. Zostawić taki wąski przesmyk przestrzeni między jednym a drugim i poprzyglądać się temu, co realnie jest tu i teraz. Pooddychać tym i pozwolić sobie na to, by zwyczajnie nie wiedzieć co dalej, nie mieć odpowiedzi na wszystkie pytania. I obserwować to, co się w tej wolnej od starych przywiązań i nowych projekcji przestrzeni pojawi. Dużo odpowiedzi przychodzi w ciszy.

Patrząc na fizjologiczny aspekt procesu oddychania szybko zauważymy, że jest to wyjątkowy i fenomenalny, jedyny w swoim rodzaju proces zachodzący w naszych ciałach. Oddech jest procesem niezależnym od nas, zachodzącym autonomicznie bez udziału naszej woli (oddychamy gdy umysł jest pogrążony we śnie, oddychamy gdy biegniemy i nie musimy pamiętać o tym, by wziąć każdy kolejny wdech i zrobić po nim wydech, oddychamy od naszego pierwszego do ostatniego dnia na tej planecie, nieprzerwanie) i jednocześnie takim, na który mamy świadomy wpływ (przy użyciu naszej woli możemy świadomie regulować tempo oddechu, długość wdechów i wydechów, wstrzymywać chwilowo oddech). Jest to fenomen na skalę naszego ludzkiego ciała. Jedyny i niepowtarzalny. Wpływając świadomie na swój oddech możemy regulować procesy fizjologiczne zachodzące w organizmie: obniżać ciśnienie krwi, wpływać na gruczoły dokrewne i gospodarkę hormonalną. Możemy także przy użyciu świadomości oddechu regulować nasze stany mentalne, relaksować umysł i ciało.

Wiadomo, że zrelaksowany, spokojny umysł przekłada się na spokojne, zrelaksowane ciało. Zrelaksowane ciało czuje się lepiej, w jego krwiobiegu krąży mniej hormonów stresu, efektywniej zachodzą procesy gojenia i regeneracji [wie o tym każdy sportowiec i dlatego też uwzględnia w swoim planie treningowym czas na relaks, odpoczynek, odprężające praktyki i wyciszanie umysłu]. Warto skorzystać z leczniczej mocy oddechu, który dostępny jest dla każdego z nas w każdej chwili i zupełnie za darmo.



c.d.n.


147 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie